wtorek, 14 września 2010

Thrashing all around!

4 rozgrzane ciała. 4 rozpalone dusze. Jeden ścisk. Jeden zapach instrumentów. Deszcz na szybach i Pantera w głośnikach. Dni przygotowań, noce smakowania emocji i nerwów. Test. Kolejny sprawdzian umiejętności. Ten, z rodzaju szczerych, przed swoją publiką. Z dala od szarzyzny, czysty thrash! Świeże powietrze i znajoma okolica. Ledwie pierwsze kroki - swoi ludzie. High five! Jest i prowadzący nas w ten dziwny świat muzyki. Świat, który tak samo daje życie, jak i zabija. Zostawia zdreptanym, zapomnianym. A to, jak do niego wejdziecie, zostawia się tylko w Waszych rękach. Na plecach ta sama gitara. Ten sam bas, kochanka Twoich dłoni, która wraca co jakiś czas, by Ci się przypomnieć. EQ pod sceną, pora się przywitać. Schodzisz do piwnicy, do tej samej knajpy, gdzie się przesiadujesz w oczekiwaniu na imprezę. Dzisiaj? Ty ją prowadzisz. I to od Ciebie zależy, czy ludzie resztę wieczoru spędzą zadowoleni, czy może zdegustowani. We will never stop! Emocje nie uderzają Ci do głowy - znasz tych ludzi. Jeszcze nie uderzają. Pierwsze łyki piwa, pora na zabawę zwaną przygotowaniem. Sprzęt podpięty, bas nastrojony, pora się delikatnie wstawić i zmotywować. Wiecie, po co tu jesteście, prawda? Owszem! Jesteśmy thrasherami, a Ci nigdy nie dają plamy! Mamy swoją broń. My nią jesteśmy. Ludzie na miejscu, Ty jeszcze się krzątasz. Czujesz emocje i widzisz ludzi, na których tak bardzo liczyłeś, że będą... Zwłaszcza, ta jedna osoba, dla której jesteś pewien, że choćby była na sali jedyną - dałbyś koncert życia. Set gotowy, Ty również. Mam na sobie jej spojrzenie, jej oczy, magię ludzi pod sceną... Bas na ramionach, gasną światła, palce na strunach... Ready, set... Go!

środa, 1 września 2010

H'llo, howyaaa'doooin?

Smukłe linie deszczu padają jedna po drugiej na całą okolicę. Te, które uderzają o mój dach podświadomie dają mi do zrozumienia, że pora wstawać. To już ten czas. Jeszcze chwilę. Ciężko się zmierzyć z kolejnym dniem. To, co ten ma zamiar przynieść schodzi dziwnie na drugi plan. Na głowie lądują moje ręce. Jeszcze je czuję. Ciężko obcierają włosy i twarz. Żyję. To co? Święto? A i owszem. Pieprzyć ten deszcz. Na karku ląduje ta sama marynarka, ręce zaciskają się na pasku spodni. Pora wpaść do kuchni, następnie łazienka, małe co nieco, buty i wyjazd. Jak mógłbym zapomnieć o mojej zaśmierdziałej już skórze? Pierwsze kroki w deszczu od ręki zapowiadają miły dzień. W autobusie pełno plebsu jak zawsze z jedną dobrze znaną twarzą. Przynajmniej ktoś się uśmiechnie i będzie dobrze. Po połowie drogi masz serdecznie dość; ścisk w tym świniowozie jest na tyle uciążliwy, że masz ochotę na małą siekierezadę. Na Twoim miejscu przeznaczenia wcale nie lepiej. Znów ten sam znajomy park, te same mury, Ci sami ludzi i ta sama pojebana klasa, która czeka na Ciebie gdzieś na II. piętrze. Ale Ty wolisz najpierw zapalić, powalić to wszystko przez chwilę. Pobyć sam ze sobą. Pet ląduje przed drzwiami. Witaj, szkoło. Wdzięcznym Tobie wychowanie. I choć cham jestem, to Cię szanuję. Kotów dopadniesz jutro. Wyplenisz wszystkie zbędne odrosty i kozaków, same smakołyki zostawisz sobie na odpowiedni moment. W klasie jak zawsze zgraja niedorozwiniętych ludzi z dowodami. I tylko Ty potrafisz usiedzieć na dupie, wysłuchać, poczekać na ten pieprzony plan lekcji, zabrać dupę w troki i pójść. Oni nie. Nikomu nie przeszkadzali. Panu Ż. przeszkadzali. Po tym całym bajzlu schodzisz na dół, widzisz nowe-stare pyski. Jest tak słodko. Tyle słodkości nie usłyszysz przez resztę roku szkolnego. A to tylko jakieś 8 miesięcy. Dasz radę. Każdy daje. Po całym teatrzyku lądujesz w knajpie. Te pyski już Cię bawią. Zapach dymu i lanego alkoholu tak. Dopiero teraz czujesz, co Cię czeka. Witaj, szkoło. Motywujesz, uczysz, odbierasz i dajesz, ale zabawy nigdy nie zabraniasz. To będzie dobry rok, panie Żądło. Za zdrowie! I chlup w ten głupi dziób, co by jutro nie stresowało, a maj zleciał mile i przyjemnie, co by i w czerwcu swoje zrobić i potem się śmiać... Do czasu. Ale na razie... Cicho. Zamocz swoje usta w tym drinku. Ciesz się chwilą namiętną, zwaną początkiem roku. Nim stanie się udręką.